Mówią, że nie ma nic za darmo. Mówią również, że za wszystko co dobre trzeba zapłacić odpowiednią cenę. Do niedawna też tak myślałem ale po pierwszym odsłuchu na prezentowanych słuchawkach zmieniłem zdanie.
Przejdźmy może do początku. Nadmienię, że nie jestem krytykiem muzycznym ani wykwalifikowanym testerem sprzętu więc cała poniższa opinia jest oparta na moich w pełni subiektywnych odczuciach.
Od zawsze byłem miłośnikiem słuchawek. Już od czasów wczesno-szkolnych miałem ich pokaźną ilość. Wiadome, były to najtańsze możliwe "pchełki" kupione w kiosku ale już wtedy wiedziałem, że świat jest lepszym miejscem gdy człowiek może go wypełnić muzyką którą kocha.
Z czasem człowiek robi się bardziej wybredny i już "pchełki" za 5zł to za mało. Wtedy zacząłem obcować z pełnymi słuchawkami wokółusznymi i tak było do nadejścia tej zimy.
Słuchawki wokółuszne są genialnym wynalazkiem i tylko one mogą oddać prawdziwe piękno dźwięków muzyki. Niestety zimą bywają problematyczne, a powiedzmy sobie szczerze musiałbym być niesamowicie zdesperowany żeby założyć słuchawki na czapkę, pod niestety się nie mieszczą.
Postanowiłem spróbować powrotu do pchełek co w dzisiejszych czasach nie jest proste kiedy cały rynek zalany jest słuchawkami dokanałowymi, których osobiście nie lubię.
Wybór padł na SoundMagic EP30. Bardzo dobre słuchawki pod względem brzmienia, a za razem wygodne. Nie są one jednak główną gwiazdą w tym przedstawieniu choć odegrały sporą rolę. W trakcie poszukiwań natrafiłem na "Fanklub Pchełek", który nakierował mnie na EP30 jak i na tytułowe "Monki".
Venture Electronics VE MONK - bo o nich mowa zamówiłem z ciekawości, nie były drogie, kilka osób je chwaliło więc czemu nie. Standardowo wysyłka z Chin, więc czeka się miesiącami, w końcu dotarły.
Na pierwszy rzut oka słuchawki jak słuchawki, jak każdy inny chiński no-name
 |
| VE Monk - Recenzja |